Kryzys przywództwa i narodziny nowego porządku: między strachem a nadzieją w europejskiej polityce
- 1 kwi 2023
- 3 minut(y) czytania
WSPÓŁCZESNA POLITYKA EUROPEJSKA PRZEKSZTAŁCIŁA SIĘ W SPEKTAKL DEGENERACJ.
Aktorzy grają bezwstydnie, nie siląc się już nawet na pozory służby publicznej. Partie, które miały reprezentować interes obywateli, zajmują się dziś wyłącznie reprodukowaniem własnej władzy. Ich funkcjonowanie opiera się na mechanizmach oportunizmu, klientelizmu i cynizmu. Dzisiejsze elity polityczne nie tylko nie słuchają społeczeństwa — one otwarcie okazują pogardę wobec tych, których powinny reprezentować. Oderwane od realnych problemów, żyją w samowystarczalnych bańkach komfortu, chronionych przez propagandę i lojalne media.
Dominujący model przywództwa stał się groteskowy: niekompetencja opakowana w PR, kalkulacja podszyta strachem przed odpowiedzialnością, oportunizm nazwany pragmatyzmem. Rządzenie poprzez wywoływanie lęku i utrzymywanie stanu permanentnego kryzysu to dziś standard, nie wyjątek. Władza celowo wytwarza chaos, by uzasadnić swoją dalszą obecność. Decyzje są doraźne, pozbawione spójności, ignorujące skutki długofalowe. Polityka zamiast odpowiadać na potrzeby społeczne, produkuje kolejne konflikty, w których obywatele mają być biernymi obserwatorami. To nie jest ani słabość systemu, ani jego wypaczenie — to jego obecna, brutalna forma.
W WARSTWIE NARRACYJNEJ DOMINUJE AGRESYWNA INŻYNIERIA SPOŁECZNA.
Mechanizmy propagandy działają dziś z chirurgiczną precyzją. Algorytmy dobierają informacje tak, aby spolaryzować, wzbudzić niechęć, wywołać wrogość. Media głównego nurtu, przekształcone w instrumenty politycznego nacisku, uprawiają pedagogikę strachu i uległości. Każdy głos sprzeciwu, każde zakwestionowanie dominującego paradygmatu spotyka się z natychmiastową stygmatyzacją. Nazywa się to walką z dezinformacją, ale w istocie chodzi o eliminację niekontrolowanych źródeł myślenia. W rezultacie społeczeństwo obywatelskie zostało zredukowane do pozoru – fasady, za którą nie ma już realnej przestrzeni debaty.
Najbardziej kompromitującym aspektem dzisiejszego systemu jest jego jawna impotencja strategiczna. Klasa polityczna nie potrafi i nie chce planować długofalowo. Wszystko podporządkowane jest rytmowi kampanii wyborczych. Żadne wyzwanie — od klimatu, przez migrację, po system opieki zdrowotnej — nie jest traktowane poważnie, o ile nie przynosi politycznych punktów w krótkim okresie. Zamiast odpowiedzialności — permanentne zarządzanie wizerunkiem. Zamiast wizji — obsesja na punkcie sondaży. Władza, która boi się przyszłości, nie jest zdolna do jej budowania.
W TYM KONTEKŚCIE MYŚLENIE MIĘDZYPOKOLENIOWE JEST NIE TYLKO NIEOBECNE — JEST AKTYWNIE RUGOWANE.
Przyszłe pokolenia są dla dzisiejszych polityków abstrakcją, nieopłacalnym ryzykiem, którego należy unikać. Polityka klimatyczna, demograficzna czy edukacyjna została podporządkowana doraźnym kalkulacjom. Rządy państw europejskich nie budują trwałych wspólnot — one zarządzają rozpadem.
Głównym celem jest zachowanie iluzji kontroli i unikanie odpowiedzialności za systemowe zaniechania. Nawet procesy odnowy są zawłaszczane przez te same grupy, które doprowadziły do obecnego stanu rzeczy. Hasła „zmiany” stały się pustymi sloganami marketingowymi — nowy język, te same struktury. Kryzys przywództwa nie jest chwilową dysfunkcją, lecz trwałym elementem obecnej architektury politycznej. To, co miało być systemem reprezentacji, stało się systemem autokonserwacji.
Obywatel — podmiot demokracji — został zdegradowany do roli narzędzia w grze o władzę. Nie mamy dziś do czynienia z polityką opartą na odpowiedzialności, wizji czy wspólnym dobru. Mamy do czynienia z symulakrem polityki – imitacją zarządzania, w której decyzje są fasadowe, a cele podporządkowane logice przetrwania. Każdy kolejny kryzys nie jest powodem do reformy – jest kolejnym pretekstem do zawężania pola swobód, pogłębiania kontroli, tłumienia oporu. Taki system nie potrzebuje już obywateli – wystarczy mu bierna masa, podatna na zarządzanie emocjami i wyzuta z poczucia sprawczości.
Nowa klasa polityczna
Jeśli ma istnieć — musi radykalnie zerwać z obecnym paradygmatem. Jej fundamentem nie może być oportunizm, lecz strategiczne myślenie osadzone w horyzoncie pokoleń. Decyzje polityczne muszą być podejmowane w perspektywie minimum pięćdziesięcioletniej, uwzględniającej konsekwencje dla dzieci, które dopiero się narodzą.
Polityka ma obowiązek budować warunki dla społeczeństwa zdrowego, odpornego i świadomego — społeczeństwa, które odżywia się zbilansowaną, lokalnie produkowaną żywnością, a nie funkcjonuje dzięki przemysłowi farmaceutycznemu i permanentnemu leczeniu symptomów cywilizacyjnych chorób. Nowa klasa musi inwestować w zdrowie, edukację i kulturę — nie jako koszt, ale jako fundament siły. Społeczeństwo przyszłości to wspólnota ludzi świadomych, inteligentnych, zakorzenionych w historii, ale zdolnych do odpowiedzialnego projektowania przyszłości.
To wspólnota, która zna wartość tożsamości, ale jednocześnie nie zamyka się w niej jak w bunkrze. Tylko taka polityka — oparta na długoterminowej odpowiedzialności, trosce o jakość życia i odporności cywilizacyjnej — może przerwać spiralę upadku. Wszystko inne to kontynuacja klęski.
_edited.png)




